Nakaz patriotyzmu
Donald Tusk, premier rządu 13 grudnia nawoływał 11 listopada z Gdańska, gdzie nie musi obawiać się wygwizdania, do jedności narodowej. Nie uczestniczył w Warszawie w Marszu Niepodległości wraz z 250 tysiącami Polaków, bo rozumie jedność po swojemu.
Nie potrafiłby też zapewne wytłumaczyć swoim niemieckim mocodawcom powodów uczestniczenia w imprezie organizowanej przez człowieka, który nie pozwala Niemcom przysyłać do Polski zbędnych imigrantów. Imprezie, którą niemieckie media nazywają marszem nazistów. Bo jakby to wyglądało. Donald Tusk, wykonawca polityki Ursuli von der Leyen wśród polskich neonazistów. Jeszcze by mu odebrali medal Rathenaua.
W Zielonej Górze reżimowa władza także zorganizowała parady i marsze z okazji 11 listopada. Bo wszędzie tam, gdzie lokalnie rządzi obecny reżim, nakazano z centrali, aby partyjni funkcjonariusze demonstrowali elektoratowi patriotyzm. Bo chociaż zwolennicy KO, czego dowodzą rozmaite badania, mają się za prawdziwych Europejczyków i brzydzą się Polską, to jak wódz każe, to będą biało-czerwoni. Nawet w deszcz i pluchę. Stąd, jak Polska długa i szeroka, działacze KO demonstrowali patriotyzm pod biało-czerwonymi sztandarami. Demonstrowali wbrew przekonaniom, ale dla dobra wizerunku partii i na życzenie wodza.
Fenomen demonstrowania patriotyzmu ma ciekawą ewolucję w Polsce. Najpierw była to idea całkowicie pozarządowa. I tylko jacyś nacjonaliści mieli odwagę wraz z Polakami stawić się w Warszawie, demonstrować patriotyzm i narażać się na policyjne szykany, opluwanie w mediach i na utożsamianie z faszystami. Ale kiedy patriotyzm zaczął się politycznie opłacać, pokazywanie się w Marszu Niepodległości stało się cool, a jego organizator dostąpił przywileju tolerowania przez władzę. Teraz moda na patriotyzm objęła partię Tuska. Patriotyzm Donaldowi Tuskowi ma przynieść polityczną korzyść. Rzecz jasna patriotyzm, tak jak go rozumie Tusk, o czym jego wyznawcy nie muszą wcale wiedzieć. Nie jakiś nazistowski, ale europejski, jako ciekawostka folklorystyczna. Nie za duży, nie za szczery. Taki, żeby Merz zaakceptował.
Jest bowiem w patriotyzmie i potrzebie niepodległości Polaków jakaś nabierająca coraz większego politycznego znaczenia moc, której muszą ulegać politycy, którzy dotąd mieli patriotyzm w pogardzie. Traktowali go jak folklor, jak kulę u nogi w marszu ku świetlanej panunijnej przyszłości. Ta moc zmusza funkcjonariuszy proniemieckiego Donalda Tuska, do demonstrowania czegoś, czego dotąd się wstydzili. Kiedy patrzyłem na twarze platformianych celebrantów podczas zielonogórskiego świętowania niepodległości, to zamiast radości widziałem ten przymus.
Te krzywe miny, mnie cieszą. Nie dlatego, żebym się cieszył z dyskomfortu ich nosicieli, ale dlatego, że rośnie moc polskiego patriotyzmu. Także polityczna.
