Winobraniowy spacer

Winobranie od lat jest turystycznym produktem Zielonej Góry. Świętem wskrzeszonym w PRL’u przez ludzi i reżim dzisiaj zwany komunistycznym. Pomysł na Winobranie, ten z lat PRL miał w zamyśle upuszczenie z klasy robotniczej nieco popytowego ciśnienia związanego z niedostatkami gospodarki planowanej. Tworzył winobraniowy jarmark, pozór obfitości i szerszą jak w szarej codzienności gamę wyboru za pomocą rozmaitego badziewia, a przy okazji „rzucał” na rynek towary zazwyczaj reglamentowane.

Władza w ten sposób obniżała społeczne napięcia. Od tak zwanego odzyskania wolności tak zwana demokracja nie stworzyła niczego podobnego. Trwa w tym spleśniałym komunistycznym modelu, żywcem przeniesionym z PRL.

Bo w nowej „demokratycznej” rzeczywistości nie zmieniono peerelowskich paradygmatów. Obecnej władzy nie przeszkadza, że badziewność i obciach. Brnie ona bezwładnie i bezładnie w tę nieadekwatną tradycję z podziwu godną bezmyślnością. Nikomu od lat nie przychodzi do głowy, aby Winobranie szlachetniej promowało miasto. Nie tylko lokalnym winem zaplątanym w chińszczyznę, śmierdzące przepalonym olejem żarcie, pajdę chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Rozwrzeszczany podpity tłum i diabelski młyn. Aby miało jakąś ambicję.

Lubię winobranie. Jego ludyczny klimat. Nie należę do tych zielonogórzan, którzy na czas Winobrania ostentacyjnie ewakuują się z miasta. Jestem zatem wieloletnim świadkiem ewolucji tego święta. Święta z którego abdykowała władza i lokalna społeczna oraz biznesowa aktywność. Nawet winiarze gwóźdź programu nie promują swoich win osobiście. Wynajmują do tego ludzi. Nie prezentują się wytwórcy produktów regionalnych. Lokalni restauratorzy schowani za urągającymi higienie budami z fastfoodem, liczą zyski, które im uciekły. Umierający jarmark staroci, z roku na rok coraz mniej liczny. Gruzińskie i mołdawskie wina tańsze od lokalnych. Nieobecność lokalnych środowisk kulturalnych. Wszechobecny bardak. I brak pomysłu.

Ciekaw jestem, czy ktoś zrobił bilans Winobrania. Jakie są jego koszty a jakie zyski. Czy poza tym, że „jest fajnie” ktoś wie po co i dla czego ta impreza jest organizowana. Komu ona służy, jaki ma wpływ na postrzeganie miasta przez turystów. Czy ktoś to mierzy, liczy, ewalujuje.

Wiem, że to pytania bez odpowiedzi. Ba… wiem nawet, że nikogo z władz miasta te kwestie nie obchodzą. I jest mi z tego powodu smutno, bo spacerując w niedzielne późne popołudnie w tłumie winobraniowych gości nie spotkałem nikogo znajomego. Zapewne nie ma ono dla moich znajomych niczego atrakcyjnego.

J-007