Casus – kuzynka

W Gazecie Lubuskiej ukazał się tekst o niecnym dyrektorze publicznej instytucji, który zatrudnił na podrzędnym stanowisku swoją kuzynkę. Sprawę ma zbadać odpowiednia partyjna instancja, jednej z rządzącej regionem reprezentacji narodu. Dyrektor bowiem jest członkiem owej partii. Tekst zajmuje się tą sprawą, poruszony kwestami natury moralnej i podsuwa czytelnikowi dylemat: „Czy dyrektor może zatrudnić krewniaczkę?” No to się tym dylematem zajmę. W punktach. Czterech.

Po pierwsze co znaczy „kuzynka”. To może być córka ciotki lub wujka, a może to być dalsza rodzina? Dziesiąta woda po kisielu. Osoba kompletnie lub relatywnie obca, ale za to stosownie wykształcona i kompetentna.

Po drugie. O sprawie doniósł ktoś anonimowy. A skoro anonimowy, to podejrzany. Do anonimów bowiem wypada mieć z gruntu negatywny stosunek. Jak do kapusiów, donosicieli, mąciwodów i wszelkiej hołoty. Takich nie stawia się na piedestał słusznej sprawy. Może to zwykła kanalia. Zawistny pracownik instytucji, w której ta „kuzynka” znalazła pracę, pominięty w awansie.

Po trzecie. Nie bardzo rozumiem dlaczego sprawie nadaje się publiczny medialny bieg. Przecież w Zielonej Górze zatrudnianie „po znajomości”, to norma. Tu prawie każdy z pracujących w publicznych instytucjach korzysta z tego rodzaju koneksji. Jak nie masz układów w mieście, pracy nie znajdziesz. O tym wie każdy zielonogórski gimnazjalista. Furda kompetencje, furda przydatność. Koneksja decyduje.

Wreszcie po czwarte. Moim zdaniem problem nie tkwi w tym kogo zatrudnia dyrektor, ale w tym kto mianuje dyrektora. Jako normę traktujemy politycznych nominatów na każdym nieomal kierowniczym publicznym stołku. Zwyczaj traktowania instytucji publicznych jako polityczny łup – to jest granda, to jest skandal, to jest draństwo. Bo nawet niezbyt kompetentna „kuzynka”, która dzięki rodzinnym powiązaniom znalazła pracę, nie narobi zbyt wielu szkód, nawet jak będzie bardzo niekompetentna, ktoś ją poprawi. Natomiast partyjny nominat, partyjnego kacyka, jakiegoś Ciemnoczołowskiego, Sługockiego, czy Poryckiego, o… to jest dopiero potencjalny szkodnik, nieudacznik, dywersant. No, ale nieważne, że narobi szkód, że spaprze to, czego nie da się spaprać, ważne że swój, że nasz, że zaufany towarzysz, który zastąpił poprzedniego zaufanego towarzysza, równie mało kompetentnego, usuniętego, bo nie był „nasz”.

Może się czepiam? A co może mam przypomnieć efekt działania duetu Porycki-Czechowski? Mam? Bo sprawa jest w prokuraturze, która bada watek mobbingu podwładnych i finansowych malwersacji. W sprawie tej konsekwencje poniesie nominat rządzącej regionem partii, ale ci którzy nominują, tacy jak pan Porycki, są i będą bezkarni. Dla nich Polska, to prywatny folwark.

Szkodzą Polsce, regionowi, nam – ale też po znajomości. Tej najlepszej, bo partyjnej.

J-007