Dwie szanse likwidatora

Nasz kolega Łukasz Brodzik, po długiej sądowej batalii został przywrócony do pracy w Radio Zachód. Sąd nierychliwy i zazwyczaj niesprawiedliwy, w sprawach politycznych, wydał postanowienie, że Łukasz Brodzik ma powrócić na stanowisko, z którego został bezprawnie przez likwidatora wyrzucony. Piszę likwidator, choć bliższ memu sercu byłoby bardziej radykalne określenie, trafniej definiujące rolę tego czynownika.

Przywrócenie na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego z identycznym, jak przez nielegalnym przejęciem radia, zakresem obowiązków. Łukasz nie dał się zbyć odszkodowaniem. Nie dał się skusić zatrudnieniem jako pracownik głębokiego zaplecza redakcyjnego, dzięki czemu mógłby w zasadnie nic nie robić poza pozorowaniem pracy. Nie uległ mimo tego, że jak każdy kto stracił zatrudnienie, pozbawiony został stałych dochodów. Przetrwał walcząc o zasady. Wartość, o którą dzisiaj mało kto walczy. I wygrał.

Wrócił z tarczą, a teraz czeka go zderzenie z reprezentantem reżimu. Nominalnym szefem, ale przegranym członkiem rządzącej regionem kliki. Stanie z nim oko w oko, jako triumfator sądowej tragioperetki, którą wymiar sprawiedliwości z sobie znanych powodów zakończył oczywistym wyrokiem po 20 miesiącach udawania, że prawo nie istnieje. Będą fałszywe uśmiechy i strach w oczach likwidatora. Będą dąsy szemranej załogi, która tak bardzo w ramach brunatnej tolerancji chciała się pozbyć z radia kolegów myślących nie tak jak oni. Bo wbrew pozorom to nie koniec wojny o wolność słowa w Radio Zachód, to dopiero pierwsza wygrana bitwa.

Jak w każdej bitwie i wojnie o ruchach decyduje jakiś sztab, jacyś marszałkowie. Najpierw była nim Elżbieta Polak, która była opoką, na której wzrosła partyjna przydatność likwidatora. Potem Marcin Jabłoński, który jako ramię reżimu 13 grudnia swojego wiernego podwładnego ustanowił likwidatorem. Teraz kiedy już nie Marcin Jabłoński stawia likwidatora do raportu i nie rozlicza z wykonania zadania, ten będzie musiał się tłumaczyć Sebastianowi Ciemnoczołowskiemu, człowiekowi z drugiego albo nawet trzeciego regionalnego szeregu. A przecież likwidatorowi marzy się bycie w pierwszym szeregu, albo przynajmniej wierna służba komuś kto w nim stoi. Nie ma większych ambicji, ale ma godność, która mu nie pozwala być popychadłem byle kogo. I o ile wcześniej likwidator mógł wykazywać się oportunizmem najgorszego sortu, bo Polak, bo Jabłoński, to obecnie zyskuje większy zakres samodzielności. Ma teraz szansę wykazać się w ramach tej samodzielności, albo odrobiną przyzwoitości albo pełnoskalowym łajdactwem.

Stawiam z racji racjonalnego optymizmu, na to drugie, bo nie sądźcie kochani czytelnicy, że zapomniałem o lubuskim platformianym baronie, który teraz pod nieobecności Elżbiety Polak i po zniknięciu Marcina Jabłońskiego ma najwięcej do powiedzenia. To jemu likwidator (posłużę się wieszczem i fragmentem Reduty Ordona) musi lizać stopy.

J-007