Winobranie trzeba zutylizować
Z roku na rok Winobranie parszywieje. Nigdy nie był to święto aspirujące do bycia czymś więcej jak miejskimi dożynkami. Rodzajem wiochy w mieście. Zresztą z tej tradycji wyrosło. Jak zawsze zaglądam na Deptak podczas Winobrania, aby sprawdzić puls tego jarmarku. I powiem, że tegoroczny ledwo wyczuwalny. Zgon coraz bliżej. Dlatego warto się zastanowić. Po co i komu ten badziewny towar jest potrzebny. Ale od jajka.
Tradycja winobraniowa, ma korzenie jawnie niemieckie. Parszywa komuna przytuliła tę tradycję, jako ludową wersję 1 maja. Lud miał się cieszyć i wiwatować. Dostać kiełbasę i jabcoka. Tego lokalnego, produkowanego na ul. Moniuszki i ożłopać się piwska, swojskiego, warzonego przy Kożuchowskiej. Rozmaite Społem i MHD gromadziły towar, aby rzucić na winobraniowe stragany. Zjeżdżały się do miasta kramy z całej Polski a na nich obfitość towarów deficytowych. Hitem były bułgarskie winogrona. Szkoły, sportowe kluby i zakłady pracy musiały wziąć udział w Korowodzie.
Kiedy Polska odzyskała wolność, a wraz z nią zlikwidowano gospodarkę, a Polacy rzucili się do handlowania czym popadło, Winobranie stało się kopią sławnego tureckiego targu w Berlinie. Miasto dzięki Winobraniu zgarniało sporo kasy. Stawki rosły, ale i tak straganowa gospodarka wytrzymywała złodziejskie nawyki władzy. Supermarkety miały polski handel dopiero najechać. Browary, kiedy jeszcze istniało w Polsce polskie piwo, rozstawiały swoje stoiska i piwo lało się hektolitrami. Winiarstwo dopiero kiełkowało. Jabole splajtowały.
I nastała era winiarstwa lokalnego. Lokalnej winnej wytwórczości towarzyszyły sery z Austrii, gumisie haribo, i pajdy chleba. Zjawiły się chińskie zabawki, góralskie oscypki, a nawet gruzińskie wina. Były i futra, koronkowe obrusy, koreańscy znachorzy, był nawet konkurs skoków o tyczce. Targi Staroci zajmowały coraz więcej miejsca na Deptaku. Na estradach występowały gwiazdy estrady.
Od kilku ostatnich lat duch Winobrania, tak jakby stracił witalność. Nie bardzo wiadomo o co chodzi. Koncerty są, ale z trzecioligowymi gwiazdami, wino wyparło piwo, ludzie już nie żrą tyle co kiedyś. Chińszczyzna słabo schodzi. Stoisk coraz mniej, handel obwoźny przędzie coraz cieniej. Władza nie rozumie, że to już przedśmiertelne drgawki. Stawki za miejsce jak gilotyna. Trzeba zastosować jakieś procedury reanimacyjne. No ale kto? Prezydent niekumaty aparatczyk? ZOK, sparaliżowany biurokratyczna indolencją i decyzyjna wazeliną, RCAK okupowany przez PSL, mielący kasę i wytwarzający jedynie CO2? Może jakaś fundacja? Nie! Fundacja – stanowczo nie.
Z pustostanem intelektualnym zielonogórskiej władzy jest tak, że czego się nie chwyci, to spaprze. Umie tylko kraść, przepraszam, niestandardowo zapewniać sobie dochody, i psuć. Nowa ekipa dostała Winobranie w spadku od poprzedniej i nie wie co z tym zrobić. Poprzednicy też nie wiedzieli, ale lepiej udawali. Ci nawet udawać nie potrafią. Zajęci wzajemnym wykańczaniem się, nie mają do tego głowy.
Czy można tchnąć nowego ducha w Winobranie i sprawić, aby miało ono jakikolwiek sens? Zapewne można. Ale do tego trzeba mieć jakiś sensowny pomysł. Ale pomysł, to wytwór intelektu, a z tym problem, bo to rzecz deficytowa a Zielonej Górze.
Ja wiem, że ktoś powie, ględzi facet, frustrat, a sam nie potrafi. Podrzuć gościu jakiś pomysł, skoroś taki mądry. Podrzuciłbym, ale szkoda pereł przez wieprze. Bo nie chodzi o te perły. Ich mimo wszystko sporo w Zielonej Górze by się znalazło. Sęk w tym, że układ polityczny, ogarniająca każdą dziedzinę społecznej aktywności polityczna korupcja, skazuje każdy najlepszy nawet pomysł, najdoskonalszą ideę na uśmiercenie jeszcze przed narodzinami.
Bo ze wszystkim jest tu tak, jak z platformą widokową do oglądania Śnieżki przy Domu Zbowidowca. Dlatego moim zdaniem trzeba Winobranie zutylizować.
